piątek, 25 czerwca 2010

93. Miesiąc.

Dzisiaj minął dokładnie miesiąc od kiedy tu jestem. Całkiem przyzwoite tempo. A wszystko przez to, że co tydzień coś się działo. Najpierw samo zaklimatyzowanie się, później przyjazd dziadków z Holandii, później moja rodzinka, a teraz powrót do szarej rzeczywistości. Takie tempo mogłabym utrzymać. Czasami w ciągu dnia mam takie czarne myśli, że mogłabym wracać, albo nie wiem jak wytrwam do września, ale kiedy kolejny dzień się kończy dochodzę do wniosku, że wcale nie było tak źle i w sumie mam cholerne szczęście, że znalazłam taką pracę, że jestem w takim miejscu i mogę poznawać nowych ludzi, nową kulturę, nowy kraj. Dni zaczynają się zlewać. Chyba wpadam w jakąś monotonię. Ale już niedługo (jeżeli mnie nie zabiją, a mają okazję) może się to zmienić. W przyszłym tygodniu do znajomych mojej rodzinki przyjeżdża au pair z Anglii i liczę na to, że się poznamy. 
Podsumowując miniony czas moje relacje z Małą złośnicą teoretycznie się poprawiły, co nie zmienia faktu, że ona się nie zmieniła i ma swoje kaprysy, płacz, tupanie w podłogę, niestety gryzienie (mnie też!!!). Staram się nie wyprowadzić z równowagi, ale przynajmniej nie panikuję jak popłacze sobie 5 min. No nawet z 7min. Ale zauważam dużo zależności. Im mniej się nią interesuje, tym bardziej ona chce iść do mnie. Tylko skończe swoją prace i ide do swojego pokoju, to nie minie 5 min, a Mała jest u mnie. A jeszcze przed chwilą nawet nie chciała, żebym ją nakarmiła. Wkurzają mnie takie wachania nastroju, ale nie można nic na to poradzić. To dwulatka. Tylko dwulatka, która w drodze zadaje milion razy to samo pytanie, nawet gdy na nie odpowiadam, a jak nie odpowiadam też zadaje. Którą kładę spać na południową drzemkę, życząc bardziej sobie niż jej spotkania się z nią ponownie za 3h a nie za 1,5h. Która sama nie wie czego chce. Której zwyczajnie brakuje rodzeństwa! Niestety muszę przyznać szczerze, że nie zdążyłam jej jeszcze pokochać i mam wątpliwości czy w ogóle to się stanie, a to niewątpliwie utrudnia mi opiekowanie się nią. Kiedy krzyczy, że chce się przytulić do mamy, która właśnie jest bardzo zajęta i pracuje zamknięta w domu, staram się ją przytulić, chociaż jej krzyk, płacz i zgrzytanie zębami naciągają moje nerwy, a ta Mała złośnica wykorzystuje sytuacje i wbija mi zęby w szyje. To ja dziękuję bardzo. Koniec takiego przytulania. Ślad jest, konsekwencje również wyciągnęłam. Sytuacja może się zmienić, kiedy zacznę się cieszyć z każdej chwili z nią spędzonej. Ale to przychodzi z wielkim trudem. Cieszę się z małych, niepozornych rzeczy. O, teraz nie płacze jak ją zapinam do wózka, o, obudziła się, wzięłam ją na ręce, zaśpiewałam piosenkę, przebieram pampersa, a ona jest spokojna, nie płacze i nie woła: MAMAAAAA! I można by mnożyć takich sytuacji. Więc w sumie nie jest tak źle.
Odnośnie języka to po miesiącu stwierdzam, że niewiele zmieniło się z moim francuskim. Fakt, rozumieć rozumiem bez problemu (jeżeli ktoś nie zabije mnie zabójczym tempem) i w sumie dobrze porozumiewam się z małą, przedszkolankami, Mami (babcią), Cassy, Priscillą, Marokańczykiem, którego poznałam wczoraj i w sumie z Marije też, ale częściej nadal mówimy po angielsku. Z tym, że tutaj mam wrażenie że z dnia na dzień się cofam. Kiedyś nie zastanawiałam się nad zdaniami po angielsku, a teraz czasami myślę, żeby wszystko powiedzieć dobrze, bez błędów. Najważniejsze, że się rozumiemy. Muszę w końcu powiedzieć: stop english. Bo wychodzą czasami w głowie dziwne francusko-angielskie zdania typu: if tu as beacoup de travail you can go to d'autres chambre. Super. Na szczęście rozmawiając z nią przez telefon w końcu decyduję się na jedną opcję. 
Sprawa jedzenia zmieniła się o tyle, że po prostu sama sobie gotuję. Dalej nie wiedzą po południu czy wyjdą wieczorem czy nie, więc zawsze musze mieć coś zapasowego w lodówce, gdy odechciewa się gotować pani domu i ucieka z mężem na kolacje. Lunch też robię sobie sama. Ile można jeść bagietki lub zapychać się czymś niezdrowym. 
Mało zwiedziłam, ale wiem, że teraz zacznie się przygoda. Podróże w planach i marzeniach, a niektóre nawet jeszcze nie. Więc wszystko przede mną. 









1 komentarz:

  1. Czytam tego bloga już od jakiegoś czasu i uwielbiam Twój styl;) Piszesz szczerze, to od razu czuć. Życzę wytrwałości z Twoją podopieczną;) Ja za rok planuję wyjazd jako au pair, jeśli oczywiście znajdzie się jakaś rodzina gotowa mi powierzyć swoje dziecko/dzieci.

    OdpowiedzUsuń