poniedziałek, 8 sierpnia 2011

kierunek Toskania.

Jeszcze tylko 7 dni. Bilety już dawno kupione. Planowaliśmy płw. Bałkański, a wylądujemy na Apenińskim. Przygotowania do projektu Toskania naszymi oczami już trwają. Listy rzeczy do zrobienia na miejscu już się piszą. Powstaje kilka. Moja i jego. Połączymy je i ustalimy trasę, żeby spełnić każdy punkt w nich zawarty. Przeglądam przewodniki. Opracowujemy mapę. Szukamy kanap i połączeń komunikacyjnych. Jest! W końcu wymarzone wakacje. Planowanie podróży. Kompresowanie całego dobytku w malutki 10 kg bagaż. Co zabrać, z czego zrezygnować. Marzyć, marzyć, marzyć. Wyobrażam sobie już te urocze pagórki, winnice i gaje oliwne, stare mury i piękne kamieniczki w małych miasteczkach. 
Mówię, że się nie boję, a w środku ściska mnie mały potwór i cicho szepcze: a jak ci się coś stanie, a jak zabraknie pieniędzy, a jak się nie dogadasz, a jak się zgubisz? Ale nie chcę go słuchać i tłumię go pozytywnymi myślami. To jest przecież jedna z wielu przygód, o których marzyłam. Uda się!
Planujemy tak jak poniżej, ale zobaczymy jak wyjdzie.

piątek, 22 lipca 2011

Nicea cz.2

Deszczowe dni. A ja wspominam pobyt we Francji. Dlatego odświeżam zdjęcia i publikuję drugą część opowieści z Nicei. Może komuś zrobi się przez to cieplej. Skończyłam tu. A teraz można już odpiąć pasy, bo zapowiada się bardzo długi lot. Post.


Po niesamowitej nocy pod gwiazdami wróciliśmy do miasta. Czułam jakby temperatura powietrza wzrastała z każdą minutą. Postanowiłam przeczekać godziny południowe w domu na ostatnim piętrze rozkoszując się oglądaniem albumów przy słuchaniu Bregovica. W tym czasie również dokładnie przestudiowałam mapę, przewodnik, spakowałam aparat, butelkę wody i ruszyłam do Starej Nicei. Nie wiem czy już to ktoś kiedyś nazwał, ale mój typ zwiedzania polega na fotografowaniu. Nie tak jak japońscy turyści wszystkiego co się widzi dookoła siebie. Na początku nawet kierowałam się mapą, zmierzałam nawet w wyznaczonym kierunku, ale ogrom tych przepięknych uliczek, które na każdym kroku mnie kusiły, zmusił mnie do schodzenia ze szlaku i zagłębianiu się coraz głębiej, coraz głębiej w środek prawdziwej Nicei.  Później próbowałam znaleźć te uliczki na planie miasta, ale gdy już osiągnęłam cel zaraz znajdowałam się w zupełnie innym miejscu, które mnie urzekło. Nie wiem czy ktokolwiek byłby tak cierpliwy, żeby w ten sposób ze mną "zwiedzać". Uwielbiam uczucie, kiedy nikt mnie nie popędza. Mogę patrzeć i oglądać ile chcę. Wracać kilka razy w to samo miejsce. I tylko ja decyduję kiedy rozpocznę, kiedy zrobię przerwę, kiedy skończę, gdzie skręcę.  
Zakochałam się w kolorach francuskich kamieniczek. Wiadomo, że nigdy tam nie  jest cicho i spokojnie, nie da się chyba usłyszeć śpiewu ptaków, ani nawet szumu morza, które jest przecież nie więcej jak kilkaset metrów dalej. Ale byłam zauroczona tym klimatem. Nade mną suszy się pranie, po latarniach wspina się bluszcz, a w oddali słychać melodię pozytywki. Mijam galerie, które znajdują się na parterze tych kamienic. Zatrzymuję się i wpatruję się w wystawy. Czasami łapię spojrzenie, być może samego artysty? Czy ja kiedyś będę miała galerię? W powietrzu unosi się zapach lawendy, mydła, bagietek. Czuć wolność. 
Wieczorem moi nicejscy wybawcy zabrali mnie na Nice Jazz Festival 2010 do ogrodów Matisse'a. Główną gwiazdą wieczoru był Goran Bregovic. Lubiłam jego muzykę, ale usłyszeć ją na żywo to było ogromne przeżycie. To pomiędzy jednym koncertem a drugim Cecile zabrała mnie na soccę - francuski, a dokładniej nicejski przysmak, którego smak mogę porównać do cieniutkiego omleta z kuskusa. Wróciliśmy wytańczeni i wybawieni późno w nocy, jednak nawet wtedy Cecile znalazła dla mnie czas, żeby szczegółowo opowiedzieć jak mogę się dostać następnego dnia do Monaco, gdzie pójść najlepiej poleniuchować na plażę i dlaczego warto pojechać za włoską granicę spróbować pizzy w malutkiej miejscowości. 

 


 
 
 
 
 
 
 
 
A tu już Monaco. Kraj straszliwie bogatych ludzi. Byłam w nim może 2 godziny. Tym razem tylko odhaczone. 
 
 
 
 
 
 
 
Za namową Cecile pojechałam kolejką do Villefranche sur Mer. Malutkiej miejscowości za Niceą, która słynie z niezwykle głębokiego portu i kamieniczek w kolorze oranżady. Spędziłam tam kilka cudownie beztroskich godzin. Jednak słońce było tak intensywne, że wykończona wróciłam do Nicei.
 
 
 
Mogłabym jeszcze wiele opowiadać o kolejnych dwóch dniach, kiedy czekałam na samolot powrotny. Ale chyba jednak wystarczy. To była niesamowita przygoda, która nadal pokazuje mi, że marzenia się spełniają. Jeśli tylko chcemy, możemy wszystko. 

czwartek, 21 lipca 2011

nie budzić królewicza.

Czuję nadchodzący koniec. Może nawet już przyszedł, tylko jeszcze nie trafił do naszej świadomości. 
Jeden ruch myszką dzieli mnie od zarezerwowania samotnego lotu w zupełnie inną stronę. Chyba naprawdę potrzebuję odpocząć od wszystkiego. 
Co jeśli to nie to? Śpiący królewicz śpi i chyba nie zamierza tego zmienić.
Nie będę go budzić.

środa, 20 lipca 2011

pokój przyszłego grafika.

Jak może wyglądać pokój studentki grafiki? Cieszę się jak dziecko. Plany i pragnienia zaczynają się realizować. Zostałam przyjęta na grafikę! Nie wiem jak ogarnę dwa kierunki naraz, ale nie boję się tej niepewności. W pracy gratulują mi na siłę. Wiedzę, że ich opuszczę. Może przyjdę czasami popilnować dzieci w weekend. Nie wiem jak będzie. Na pewno inaczej. Ciekawie. Podoba mi się ta perspektywa. 

Spotykają się dwa sposoby myślenia. Czy to nie naturalne, że dążę do spełnienia marzeń? W dodatku jeżeli mam taką możliwość. Po co pracuję? Nawet po sesji nie miałam tygodnia wytchnienia. Z doświadczenia wiem, że nawet nierealne pomysły mogą być zrealizowane. Dreszcze mnie przechodzą na myśl, że strach może pokrzyżować realizację planów wakacyjnych. 

Rozwojowo z dzieciakami. Nazywanie przedmiotów, które nas otaczają. Słowa nabierają nowych znaczeń. Doskonale zobrazuje to poniższy rysunek:
sówka jest modelem, który obklejaliśmy plasteliną, a następnie makaronami i ryżem. natomiast kot jest oryginalnie różowym zagłówkiem, bardzo miękkim, który wylądował wczoraj w basenie u sąsiadów po nieostrożnym rzucaniu go przez płot. po wysuszeniu został przyczepiony do balona z helem, z którym nie leci do sufitu. stąd jego nowa, ale jakże dosłowna funkcja :)
Polubiłam politechnikę za pola lawendowe, które posadziła przed jednym ze swoich budynków.

wtorek, 19 lipca 2011

20 lat i 6 dni.

Powietrze słodko pachnie letnim deszczem. Spada na mnie jedna z ostatnich kropel kończących dzisiejszy spektakl. Patrzę na niebo ubrane w malownicze kolory zachodzącego słońca. Po pracy mogę znów bezkarnie projektować w swojej głowie. Jestem daleko stąd. Gdzieś pomiędzy białą kartką, ołówkiem i milionem barw, które planuję użyć. W wyobraźni tworzę moje nowe mieszkanie. Wyposażam swój nowy pokój, którego jeszcze nawet nie widziałam na oczy. Wyobrażam sobie przyszłość. Jutro o 15.01. Za 3 miesiące. Za 4 lata. Za 8 lat. Za 10 lat. Dalej wolę nie patrzeć. 


Zapragnęłam poruszyć swoje zdjęcia. Zatrzymywanie ulotnych setnych sekund mi nie wystarcza. Dlatego zatrzymuję momenty. Zbieram je. Te najprostsze. Te najpiękniejsze. 


Powróciły cudowne dreszcze przy czekaniu na odpowiedni moment. Nie swoim aparatem, ale swoim obiektywem. Tak bardzo za nimi tęskniłam. 
 




wtorek, 5 lipca 2011

na grafikę by się szło..

Jeszcze kilka godzin temu powietrze było nasycone sukcesem. Podskakiwałam w deszczu z parasolką i podśpiewywałam partię wiolonczeli do piosenki, która dźwięczała mi w uszach. To szok, że dostałam się do II etapu rekrutacji na grafikę. Mój projekt robiony kilka nocy, równocześnie z zaliczeniami w czasie sesji, nie był mistrzostwem świata. Właściwie to wstydziłam się trochę za niego. Szczególnie za plakat karmy dla psów. A tutaj mam iść na rozmowę kwalifikacyjną, która będzie m.in. dotyczyła uzasadnienia projektu. I mogłam obronić ten żałosny plakat. Wyjaśnić sens odwracania psów do góry nogami. Mogłam nie mówić, że nie lubię psów. W sumie wydaje mi się, że całkiem nieźle wytłumaczyłam złą reklamę i swoje claimy dla banku. Właściwie to byłam całkiem wyluzowana. Zobaczyłam w komisji moich dwóch wykładowców. Od razu raźniej. Ale jak siedzi się przed siedmioosobową komisją męską, ciężko jest być pewnym siebie. Zwłaszcza, kiedy wyświetlany jest mój projekt na całej ścianie. Nie mam słów. 20 lipca okaże się czy ustrzelono inne ofiary, czy ja zostanę ofiarą. Na nic nie liczę. Wolę zniknąć. 

Aparat w naprawie. Trzeba czekać 3 tygodnie. Pochłonie mi moją kolejną pensję. Czy naprawdę mam nie jechać nigdzie na wakacje? A swoją drogą tęsknię za popołudniami. Dzieci już powoli zaczynają mnie męczyć. Przydałyby się prawdziwe wakacje. Chcę przestać biegać. Gonić. Nie spać. Nie jeść. Nie czytać. Nie robić zdjęć.   

środa, 29 czerwca 2011

świat. czeka na mnie.

Przyszedł ostatni egzamin, a z nim wakacje. Śpiew wielorybów umilał mi naukę. Pomagały się odstresować. Wychodząc z sali szykowałam się na poprawę. Wieczorem dostaję wyniki. Mało tego, że zdałam najtrudniejszy egzamin w tej sesji. Dostałam 4!!! Mogę w końcu odetchnąć z ulgą i przestać maltretować swój umysł końskimi dawkami wiedzy, a ciało - brakiem snu. Na szczęście marzenia radośnie łaskoczą mnie w środku i szepczą: wyjedź, wyjedź mała. wyjedźcie razem. na południe. czekają na ciebie przygody, ciepłe słońce, nowe smaki, nowe kultury. nie siedź w miejscu. wyruszaj, szukaj, dziw się, pytaj dlaczego. pakuj plecak, odbierz aparat i ruszaj spełniać marzenia. 
Uwielbiam to uczucie, kiedy cały świat stoi przede mną otworem.
Tęsknię za Prowansją.


Jeśli potrafisz o czymś marzyć, to potrafisz także tego dokonać. 
Walt Disney

sobota, 18 czerwca 2011

le jour triste.

Bez jakiegokolwiek pancerza obronnego. Zupełnie nie byłam na to przygotowana. Nawet się nie broniłam. Udało mi się wytrzymać kilka minut po usłyszeniu wiadomości. A później rzeka wspomnień wystąpiła ze swoich brzegów. Jeżeli przyjdzie kiedyś śmierć, tak niespodziewanie jak ta wiadomość, to nie będzie już czego zbierać. 
Jak się pozbierać i dalej realizować plan naukowy. Może praca przyniesie ukojenie. Ale jak pracować, myśleć kreatywnie, kreować, kiedy ciągle myśli zbaczają z torów. 

Ne pleure pas petite fille avec le violon.

czwartek, 16 czerwca 2011

atte.

Napisałam utwór. 
Pewnego dnia poczułam je w sobie. Łaskotały mnie od koniuszków palców po zakręcony włos na głowie. Nie mogłam ich dłużej trzymać pod zamkniętymi powiekami. Delikatnie je uchyliłam i już ich tam nie było. Rozgościły się wygodnie na czystej pięciolinii.Wpasowały się w rytm mojego życia.

Perfumy przemówiły. Indeks wzbogacił się o ponadprzeciętne oceny. To był udany dzień. Jednak padam na twarz. Już trzeci raz w tym tygodniu moja noc zaczyna się wtedy, kiedy wstaje dzień. O znowu czwarta, znowu świta. Żegnam. 

poniedziałek, 13 czerwca 2011

studying=student+dying

Z okazji sesji dostałam w prezencie tydzień wolnego od pracy. Co za luksus spędzić chociaż jeden dzień bez dzieci. Odkryłam nową porę dnia. Popołudnie! Widzę co mnie omija, kiedy skaczę z dzieciakami na trampolinie, wymyślam kolejne dialogi w zabawie lalkami i wróżkami. Jednak te beztroskie popołudnia bez dzieci będą dobrze wykorzystane dopiero w sierpniu. Teraz nauka, przez cały lipiec znowu praca, a później miesiąc wolnego. We wrześniu ostatni miesiąc z nimi.

Ostatnio bardzo się zżyliśmy. Ich mama wyjechała na tydzień do swojego rodzinnego miasta, bo zbliżała się rocznica śmierci jej mamy, więc zostałam z drugą nianią i ojcem dzieci. Musieliśmy ustalać dziwne kombinacje alpejskie, żeby to wszystko ogarnąć. Pierwszy raz dali mi samochód, żebym mogła pojechać do Julię do przedszkola, a później z nią na balet. Jeden wielki paradoks. Zostawałam z dwójką sama popołudniami. Sama zabierałam dwójkę do samochodu i jechaliśmy na balet. Dla mnie to nie jest problem, świetnie sobie radzę, tylko paradoks polega na tym, że ich mama w sumie też mogłaby sobie tak radzić i często zastanawiam się, po co mnie w ogóle zatrudniają. Ale nie narzekam. Dzieci są kochane (gdy nie kontaktują się z sąsiadką z wystającymi różkami - wtedy zaczynają być takie jak ona), ich rodzice bardzo w porządku. Ale trafiłam z tą pracą.

Jestem zachwycona ilością truskawek, które co kilka dni zasypują całą kuchnię cioci, a gdy wracam do domu- mamy. I tworzą się z nich koktajle, ciasta, zwykłe truskawki z bitą śmietaną. Brakowało mi ich. Nie miałam truskawkowej uczty we Francji. Owszem jakieś truskawki były, ale to nie to samo...

Identyfikacja wizualna firmy skończona. Jeszcze tylko poprawić copy test, skończyć badanie komunikacyjne, dokończyć perfumy i można się brać za naukę tego wszystkiego z czego będą egzaminy. Jestem dopiero na początku sesji. Nie spieszy mi się, ale nie zamierzam mieć poprawek. Niemożliwe znowu stanie się możliwe, chociaż zaczynam odczuwać: STUDYING = STUDENT + DYING. 

czwartek, 9 czerwca 2011

dwa latka.

2 lata powodów do radości każdego dnia.
2 lata śmiechu rozbrzmiewającego w każdym milimetrze naszych serc.
2 lata chodzącego, biegającego, skaczącego, śpiewającego, tańczącego młodego człowieczka.
2 lata nowego rodzaju miłości, którego wcześniej nie znałam.
2 lata zaskakujących chwil.
2 lata słodkich uśmiechów i gorących całusów.
2 lata sukienek, spinek, lalek i wózków.
2 lata ciekawych świata rączek, nóżek, oczów i uszów.
2 lata nauki polskiego w wersji przyspieszonej.
2 lata kończy dziś moja siostrzyczka.

środa, 8 czerwca 2011

descalzo por el mundo.

W każdej filiżance herbaty kryje się smutek tropikalnego drzewa, któremu ludzie nie pozwalają urosnąć.
*
Ciepły wiatr. Ocean Indyjski.
Czas zatrzymany na
skrzydłach nietoperza,
który frunie nad moją głową

poniedziałek, 6 czerwca 2011

err 99.


To bardzo smutny komunikat, którego nie życzę nikomu oglądać, a zwłaszcza tym, którzy kochają fotografię i są w trakcie wesela. Pierwszy ślub i pierwsze wesele. Emocje. Strach i obawa czy podołam i nie zawiodę. Ale wyszło lepiej niż przypuszczałam. Z lampą współpracowało się bardzo dobrze. W kościele dobre światło. Młodzi uśmiechnięci i radośni. Trafiliśmy na niesamowitego wodzireja, który wziął nas od razu pod swoje skrzydła. Informował jaki jest plan, co będzie za chwile, gdzie możemy stanąć, żeby zrobić fajne zdjęcia. I bardzo ważne. Pożyczył nam swój aparat, kiedy mój odmówił posłuszeństwa. Jakie mięliśmy szczęście, że trafiliśmy na takiego dobrego człowieka. 
Teraz czeka mnie kolejna wysyłka sprzętu do Warszawy. Tydzień temu odebrałam obiektyw. A teraz body. 
Bez canona będę się czuła jak bez oczu i bez rąk. Na szczęście zmieniłam film w zenicie i jeżeli będzie mi się bardzo chciało robić zdjęcia, będę miała czym. 

środa, 1 czerwca 2011

creative.


Pokłady kreatywności wezwane do najwyższej aktywności. Do zaprojektowania jest cała identyfikacja wizualna wymyślonej przez koleżankę firmy 'meble design' oraz stworzenie feministycznej marki perfum, od nazwy, claimu, reklamy prasowej, po tekst imageowy, pudełko i flakon. Do analizowania nietypowe reklamy i spoty. Polecam ten filmik. A wszystko to w ramach zaliczeń nieegzaminowych. Do tego dzisiaj doszedł jeszcze projekt z rekrutacji na grafikę. Podoba mi się taka praca. Już od kilku miesięcy cieszę się, że jestem na odpowiednim kierunku. Wszystko mnie fascynuje. Dobrze jest robić coś co się lubi. 

środa, 25 maja 2011

uwaga zakręt.

Sesja zbliża się wielkimi krokami. Tak wielkimi, że już teraz ogarnia mnie niepokój na samą myśl o niej. Niepokojące staje się to przez perspektywę braku czasu na naukę. Tymi myślami podzieliłam się z moimi pracodawcami. Rozmawiamy ze sobą szczerze, gramy czysto. Oni od razu mi mówią, kiedy mnie bardziej potrzebują, bo ojciec dzieci wyjeżdża w delegację i sami też chcą wiedzieć, co u mnie, jak daję radę. Dlatego nie owijam w bawełnę i mówię, że jest mi ciężko, a sesja za pasem. Planuję też zdawać na drugi kierunek. Po nocy namysłu rozmawiamy. Nie chcą mnie zwolnić. Wręcz przeciwnie! Chcą, żebym pracowała kiedy tylko mogę. Zgodzą się na ugodę, że w czasie sesji będę przychodzić tylko na dwie godziny dziennie. Ale patrząc na dalsze plany rozstania w okolicach września/października, uważają, że nasz wspólny wyjazd na Majorkę mógłby źle wpłynąć na mnie i dzieci. Za bardzo byśmy się zżyli, a oni chcą im tego oszczędzić. Dlatego odwołują nasz wspólny wyjazd. Przepraszają za to setki razy. Mówią, że to tylko ze względu na dzieci. Że jest im przykro. Chyba bardziej niż mi. 

Ale bawię się z dziećmi dalej. Będę z nimi cały lipiec i cały wrzesień. Sierpień wolny. A od października nie wiadomo. Poprosili mnie tylko o to, żeby w przyszłości rozstanie nie było takie gwałtowne. Żebyśmy utrzymywali kontakt. Żebym przychodziła chociaż raz w tygodniu do dzieci, bo nie zrozumieją dlaczego ciocia nie przychodzi, dlaczego jej jeszcze nie ma? Kochane są. Nie wiedziałam, że to może być takie trudne. Ja też je pokochałam. Już teraz robi się smutno, ale przecież jeszcze tyle czasu przed nami. 
Jednak praca opiekunki ma inną specyfikę. Nie jest to oczywiście moje odkrycie roku, ale teraz jeszcze bardziej to zauważam. Trafiłam na tak wspaniałych ludzi, którzy każdemu dają szansę. Niepotrzebne były moje obawy, że dzieci mnie nie zaakceptują. To tak naprawdę one mnie wybrały. Nie porównam tej pracy do innej. Jest jedyna w swoim rodzaju. Nie można z niej odejść z dnia na dzień. Oprócz zwyczajnej "umowy z pracodawcą", nawiązują się relacje z innym pracodawcą, który dopiero uczy się żyć, który przywiązuje się do ciebie, a ty do niego. 

Porównuję ją jedynie do doświadczeń sprzed roku. Tak, dokładnie rok temu przyleciałam do Nicei, dojechałam do Cavalaire, by przeżyć małą szkołę życia, spełnić marzenia, usamodzielnić się, wyryć w pamięci setki wspomnień. Do dziś mam wrażenie jakby to było wczoraj. Długo musiałam się pozbywać koszmarnych snów z zębami dziecka na mojej szyi w roli głównej. Jednak z czasem zaczynają przypominać się częściej tylko te dobre i przyjemne chwile. Teraz dzięki tej pracy widzę jeszcze wyraźniej to co mogło spowodować taki, a nie inny zwrot akcji bycia au-pair we Francji. Na wyszukiwarce rodzin wakacyjnych pojawili się ponownie. Tak, czasami tam zaglądam z czystej ciekawości. Teraz po kolei, dzień po dniu będę sobie przypominać każdy dzień, emocje, widoki, myśli. 

czwartek, 19 maja 2011

(nie)rozumiem.

Wychodzę wcześniej ze szkolenia. Jestem naładowana kreatywnością. Chcę kontaktować się z mediami, zorganizować eventy, projektować grafikę. Ale jadę do pracy. Do zabawy, właściwie. Nie rozwijam się. Tkwię w miejscu. Pozyskuję środki. Ale w ciągu dnia tracę sens, motywację. Chcę to skończyć. Ile można niańczyć dzieci?
Kończę pracę punktualnie o 20. Powietrze tak słodko pachnie bzem. Cieszę się wolnością. 
Nie rozumiem siebie.

wtorek, 17 maja 2011

.

cześć.mogeciezjeść?

niedziela, 15 maja 2011

drużyna euro 2012.


Projektuję. Może właśnie to będę robić w przyszłości zawodowo. Nauka krzywych zaczyna mi powoli wychodzić. Czasu jest niewiele. A trzeba jeszcze odpocząć.
W przyszłym tygodniu ciąg dalszy szkoleń z projektu Drużyna Euro 2012. Projektu szkoleń dla kobiet w każdym wieku, z uwzględnieniem tych, które wchodzą na rynek lub powracają na niego z urlopu macierzyńskiego. Są to szkolenia z pokrewnych dla mnie dziedzin. Bardzo interesujące i aż szkoda na nie nie chodzić. Ostatnio byłam na Zarządzaniu Zasobami Ludzkimi, jutro mamy motywację i rekrutację. Od środy do piątku cykl szkoleń: PR imprez masowych. Już teraz jesteśmy potencjalnymi wolontariuszkami na Euro 2012. Ale każda z nas chodzi na nie głównie dla siebie i dla poszerzenia swoich horyzontów, niż dla dostania się w zakamarki stadionów i bycia w centrum innych festiwalów. Gdyby ktoś był zainteresowany to zostawiam link.
 

piątek, 13 maja 2011

niebyt.

chodzę na rzęsach
wypruwam sobie żyły
 nie mam czasu na nic
nie mam czasu na głupoty

środa, 11 maja 2011

szczęściara.

Czas wypełniony co do minuty. Jak dobrze, że nie mam tak dużo regularnej nauki na studiach. Od czasu do czasu zrobienie jakiegoś projektu, czasami małe kolokwium. Dlatego zamierzam startować na drugi kierunek: grafika- reklama i design. Ciągle mam wątpliwości czy podołam dwóm projektom, które są elementem rekrutacji. Tak bardzo chciałabym się dostać. A przecież już wiele razy sobie udowodniłam, że jak czegoś bardzo chcę to mogę to osiągnąć. 

Pracuję już ponad dwa miesiące. Na początku szacowałam, że tak do wakacji wytrzymam. Później stwierdziłam, że jak zostanę dłużej to na wakacjach nie będę musiała szukać innej pracy. A dzisiaj dostaję telefon czy nie pojechałabym z nimi w sierpniu na dwa tygodnie na Majorkę. Jeżeli komuś praca spada z nieba, to właśnie mi. To na pewno nie będą regularne wakacje, tylko zajmowanie się dziećmi i towarzyszenie im razem z ich mamą całą dobę. Ale poznałam je trochę i można wytrzymać. Nie gryzą. 

Marzy mi się eurotrip pociągiem. Chociaż po relacjach znajomych z rajdu autostopowego do Barcelony, widzę, że każdy tak może. W myślach układam trasę. Porównuję ją z mapą. Świat jest na wyciągnięcie ręki. 

Mała Potomka za miesiąc skończy dwa latka. Wszystko już mówi. Zaskakuje nas swoimi pomysłami. Wczoraj cała wysmarowała się szminką mamy. Cała. Naprawdę cała. Włącznie z nogami, rękami, włosami. O twarzy nie muszę wspominać. Uwielbia skakać na trampolinie. Wozi w wózeczku swoje dwie lalki: Kingę i Agatkę (jeszcze moja lalka. ma 20 lat!). Cieszy się kiedy wracam na weekend do domu. Przykleja się i nie chce puścić. 

pokonałam je.

 
strachy. co za luksus dla wyobraźni.

wtorek, 10 maja 2011

na dachu (świata).

   
 

zamykamy oczy. zbyt dużo moglibyśmy stracić mając je otwarte. widzimy wtedy rzeczy niezauważalne. właśnie wtedy marzymy, śmiejemy się. 
mamy nad sobą gwiazdy, a przed sobą całe życie. jak niewiele potrzeba by móc dosięgnąć nieba.

niedziela, 8 maja 2011

ukraina.

Podróż kwietniowa zaplanowana była na wschód. Krańce Polski i kawałek Ukrainy- Lwów. Byłam już w tamtych rejonach 3 lata temu, ale kiedy po raz kolejny nadarzyła się taka okazja- nie mogłam przepuścić. 
Kolejki na granicy się nie zmieniły. Nadal trzeba czekać kilka godzin. My czekaliśmy tylko 3,5. Kiedy byłam ostatnim razem czekałam 5h, więc nie było tak źle. 
Na pierwszy rzut poszedł Łańcut. Później Przemyśl i Kalwaria Pacławska.
 
 
 
 
 

 
Następny był wybrukowany Lwów. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
We Lwowie nadal dużo Polaków. Łatwo można się dogadać po polsku. Musiałam dopiero spróbować prawdziwej ukraińskiej chałwy, żeby ją polubić. Królowały też nieziemskie krówki.
Ukraińskie drogi są sto razy gorsze od naszych. Więc naprawdę można się wyleczyć z kompleksów i marudzenia. Przygotowania do Euro 2012 idą chyba jeszcze wolniej niż nasze. 
 
 
 
 
Mój limit wyjazdów za wschodnią granicę chyba już się wyczerpał. Dwa razy Ukraina, dwa razy Litwa + Łotwa. Byłam przy swoich korzeniach, dlatego mogę lecieć dalej. Teraz jeśli na wschód, to Daleki, lub Bliski. Nigdy nie uczyłam i nie zamierzam się uczyć rosyjskiego, ukraińskiego i litewskiego. Cyrylica mi szkodzi. 
 
W drodze powrotnej wstąpiliśmy do Krakowa. Bardzo deszczowego. Właściwie to szczęście, że nie śnieżnego.

Skoro od początku roku była już północ - (Gdańsk), później zachód- (Francja), teraz wschód- (Ukraina) to następną podróż planuję na południe. A może w przeciągu tego roku uda się objechać całą różę wiatrów? Kto wie. 
Wystarczy chcieć.