czwartek, 3 czerwca 2010

82. Płaczący front.

Atmosfera się nie polepsza. Dzisiaj rano pojechałyśmy samochodem do przedszkola z Marije, bo chciała poinformować przedszkolanki o afcie i o mały włos musiałybyśmy ją brać spowrotem do domu, bo w przedszkolach są bardzo surowe zasady jeśli chodzi o chorowanie dzieci, jak tylko ma gorączke to od razu do lekarza i na zwolnienie. Ale została te trzy godziny. Pojechałam po nią z wózkiem, wtedy jakoś można wypełnić czas dłuższą drogą do domu i w międzyczasie mała zasnęła. Marije pracowała dzisiaj w domu i bardzo się ucieszyła jak zobaczyła, że Julia już śpi. Jednak po godzinie już było słychać płacz. Płacz, któremu nie można zaradzić. Nie da się nic zrobić, bo Mała też nie wie czego chce. Więc najlepiej wrócić do swoich zajęć i poczekać, aż sytuacja na froncie się uspokoi. 
Dzisiaj żyję inną wiadomością. Pewna firma Nouvelle Images z Paryża napisała do mnie maila z propozycją opublikowania mojego zdjęcia na kartkach pocztowych. Szczęka mi opadła. Czy jestem zainteresowana?!?! Co za pytanie! Chodzi o to zdjęcie: L'amour a Paris Na początku myślałam, że to jakiś żart, ale sprawdziłam tą stronę, ludzi i wydaje się być wiarygodna. Teraz muszę dostać się przez Internet do mojego komputera w Polsce i zdobyć to zdjęcie w odpowiednich wymiarach.
Po południu poszliśmy do lekarza. Ciekawie było. Mogłam sobie porównać funkcjonowanie polskich przychodni z francuskimi. Pierwsze co się rzuciło w oczy: zero kolejek. Co mogę dzisiaj uznać za sukces to wyjście z małą na plażę i plac zabaw. Co najważniejsze: nie płakała w tym czasie. Ponad dwie godziny błogiej ciszy, chyba jedyne w ciągu całego dnia. Dzisiaj czwartek więc Marije miała trening tenisa, wieczorem jak położyli Małą spać pojechali na jakąś inaugurację czegoś. Zdążyłam sobie zrobić kolację (tak! rozkręcam się!), a tu z pokoju wylewają się łzy rozpaczy. I w dodatku nie można ich zatamować. Niczym. Biorę ją na ręce, śpiewam, a tu nic. Jeżeli chcą wrócić tak jak ostatnio po 2 w nocy, to ja już wywieszam białą flagę. 
Na pocieszenie mogę opowiedzieć zabawną sytuację z wczoajszych zakupów w supermarkecie. Postanowiłam, że zrobię swoje popisowe danie i potrzebowałam pewnych składników. Między innymi piersi z kurczaka. Ale jak to powiedzieć Marije, kiedy nie ma się słownika? Zostaje język migowy. Można sobie wyobrazić jak to śmiesznie wyglądało. Śmiechu było co nie miara. Ale w ostateczności dogadałyśmy się. 
Idę na front jeszcze raz. Może tym razem się uda. Życzcie mi szczęścia.

1 komentarz: