czwartek, 10 czerwca 2010

88. Francuska codzienność.

Od samego przyjazdu to miejsce pachnie mi lawendą. Co prawda jeszcze nie kwitnie, ale pszczoły dzielnie zapylają kwiaty. Mijając krzaczki lawendy zawsze zatrzymuję się i napawam się ich zapachem. Na pewno zabiorę tą woń ze sobą do domu. Coś pięknego. 
Jeśli chodzi o brak zapachów lub smaków to najbardziej brakuje mi truskawek i czereśni. Oczywiście na owocowych i warzywnych straganach znajdą się wszystkie owoce świata, ale to nie to samo co polskie truskawki i maliny prosto z ogródka. 
Francuska codzienność zaczyna stawać się też moją codziennością. Już mam znajomego w piekarni, od którego codziennie słyszę radosne: bonjour! Uroczą koleżankę Julii z przedszkola- Sophie i jej mamę, które zawsze spotykamy na placu zabaw, a także uśmiechy, spontaniczne pozdrowienia i "Ça va?" "Bien, bien" dla nieznanych osób. Francuzi z bagietkami pod pachą, starsi panowie spędzający całe popołudnia w centrum miasta na grze w boule- pétanque. Przepuszczanie przez pasy au pair z dzieckiem w wózku i nie tylko. Bardzo miły klimat. 
A propos klimatu to pogodę ostatnio mamy nietypową. Dużo chmur i mocny wiatr. Przebywanie w okolicach plaży grozi posiadaniem piasku w oczach, uszach, buzi i wszystkich innych zakamarkach. Afrykański wiatr wywiewa całą plażę na ulice. Fantastyczne fale, ale nie starcza mi sił wieczorem, żeby się w nie rzucić. Może jak przyjadą rodzice i razem będziemy spędzać wieczory to się zmieni. 
Póki co mam okazję spędzać wieczory w europejskim towarzystwie. Przy jednym stole mieszały się cztery języki: holenderski, francuski, angielski i portugalski. Jeszcze mogłam mówić po polsku, ale nie miałam do kogo. Jak tak dalej pójdzie to z mojej nauki francuskiego wyjdzie europejska mieszanka. 
Zaczynam się rozglądać z korzystną wypożyczalnią skuterów. Wolnie niedziele zamierzam spędzić na podróżowaniu. Nie wyobrażam sobie siedzenia ciągle na tej samej plaży. Zwłaszcza, że w lipcu i sierpniu będą na mnie czekać pola lawendy. Już mnie tu nie ma na samą myśl o tym widoku i zapachu. Takie moje małe marzenia... 
Sprawa pocztówek z pandami i wieżą Eiffla nabrała tempa. Wydawnictwo wysłało mi umowę wydawniczą i autorską, ja wysłałam zdjęcie, panowie z działu zdjęć stwierdzili, że rozmiar i format jest idealny (co było najbardziej kluczowe), ale jakbym mogła im przesłać oryginał. Potrzebuję się włamać do swojego komputera w Polsce. Na pewno będzie to możliwe. Wole, żeby nikt nie grzebał mi w moich archiwach zdjęciowych. Nie to, żebym miała coś do ukrycia, ale moje archiwa to moje archiwa. I moje zdjęcia. Pocztówka najwcześniej może się ukazać we wrześniu 2010 lub styczniu 2011. 
Zestaw poranny, kiedy Mała jest w przedszkolu, a mnie nie ma na plaży.

1 komentarz:

  1. Czesc, wlasnie przejrzalam Twojego bloga... Tez jestem au pair (tylko, ze juz po raz 3). Zazdroszcze Ci tej Nicei! Ja bede w sumie przez caly lipiec dosc blisko, wiec jakbys chciala wyskoczyc do Cannes etc, albo po prostu wpasc do Italii daj znac;-) Joanna

    OdpowiedzUsuń