Dzisiaj skończył się pierwszy miesiąc zajęć. Nie wiem kiedy to minęło. Po prostu, tydzień za tygodniem. Zajęcia na uczelni są tak wciągające, że nawet nie wiadomo kiedy jest już kolejny tydzień. Idąc za wskazówką wykładowcy od warsztatu dziennikarstwa prasowego, w wolnym czasie chodzę na ciekawe wykłady, spotkania, warsztaty. Staram się, żeby być przynajmniej raz w tygodniu na czymś takim. Ostatnio uczestniczyłam w wykładzie prowadzonym przez tegorocznego laureata Grand Press Photo, fotoreportera, podróżnika. Niesamowite doświadczenie. Słuchanie opowieści od osoby, która pracuje w zawodzie, który nam się marzy. Okazuje się, że wcale nie jest tak kolorowo. Fotograf wyjedzie robić zdjęcia w bardzo ciężkich warunkach, w niebezpiecznych miejscach, pozna tamtejszych ludzi, będzie żył razem z nimi, zrobi dobry materiał, będzie czuł się zobowiązany do opublikowania go, ale nikt nie będzie tym zainteresowany. Niewdzięczna praca. Już nawet nie sięgając tak daleko. Nikim szczególnym nie jestem w świecie fotografii, ale lubię je robić i czasami mi to nawet wychodzi. Dostaję propozycję fotografowania na koncertach. Super. Nowe doświadczenie, pierwsze wyzwanie. Przyjeżdżam, stresuję się, pokonuję obawy, w końcu robię zdjęcia. Materiał przekazuję w odpowiednie ręce. I na tym się kończy. Nie wiem czy są dobre czy beznadziejne. Czy potrzebne to było, czy nie, czy ktoś to opublikował i dlaczego bez poinformowania mnie. I prawdopodobnie się nie dowiem. Robię to dla siebie, ale chętnie dowiedziałabym się co mogę jeszcze poprawić.
Oprócz tego nadal szukam pracy. Okazuje się, że trudniej niani znaleźć pracę w Polsce niż za granicą. W końcu ktoś zaczyna odpisywać, ale przez większość czasu odbijałam się od "poczty". Pisałam odpowiedź na ofertę, a rodzina nawet nie czytała. Może teraz to się zmieni, bo odpisały mi już dwie mamy.
Pomiędzy pisaniem jednego tekstu informacyjnego, a szukaniem informacji do kolejnego ładuję baterie na wszelkiego rodzaju wydarzeniach kulturalnych. W niedzielę odbył się finał festiwalu koncertów na rzecz odbudowy organów. Występowali moi znajomi z muzycznej, dyrygował nasz dyrygent. Grali ciekawe uwertury, których nigdy wcześniej nie słyszałam, a także Chopina. Siedziałam jak zaczarowana. Chyba stałam się bezkrytycznym słuchaczem, bo nie zwracałam uwagi na to, czy się mylili, czy się potknęli. Wiercili mi dziurę w duszy i wlewali ciepłe nuty, które przeniosły mnie do jakiejś innej przestrzeni.
Do tego doszły jeszcze bardzo wartościowe filmy na MKFie. Ostatnio rosyjskie. Wczoraj oglądaliśmy Powrót (2003). Bardzo dobry film, który owiany jest tajemnicami, ale widocznie reżyser chciał zwrócić uwagę na coś innego. Wielki kontrast. Sielski początek filmu, a zakończenie niespodziewane, wręcz tragiczne. Film zupełnie nieamerykański. Bez happy endu. Potrzebowałam kilku minut, żeby dojść do siebie i poukładać myśli. Przepiękne zdjęcia, kolory, muzyka. Dobrze dobrani aktorzy. Naprawdę mogę go polecić.
Chociaż z innej strony te wszystkie artystyczne bodźce wprowadziły mnie w jakiś ponury stan. Najpierw pojawia się nostalgia z powodu opuszczenia muzycznej. Natłok informacji o śmierci, tej bliskiej, dalekiej, masowej i jednostkowej. Przeplatają się ciemne, wieczorne myśli i giną w jakiejś głębokiej przepaści. Czuję się jak rozbitek. Oczyszczający sen nie poukładał tego w zwartą całość.
Bardziej niż swojej śmierci boję się śmierci kogoś bliskiego.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz