piątek, 28 maja 2010

76. Trzydniowa au pair.

Początki są zawsze trudne, czego sama doświadczam w ostatnich dniach. Aczkolwiek tych zlych stron jest mniej, niż dobrych, ale niestety są bardziej bolesne, przez co dobrze je pamiętam. Już trzy dni bycia au pair za mną. Pierwsza ważna rzecz: cierpliwości, to że zaczyna mnie gryźć nie znaczy, że mnie nie lubi, to tylko chwilowe i normalne, choć złe u dwulatków. Przykre są takie momenty, zdarzają się w chwilach kiedy jesteśmy z całą rodzinką. Najważniejszy jest tatuś, później mama, a ja, w sumie nie potrzebna, ale dla ozdoby w ramach wyjątku czasami mogę ją nakarmić. W sumie nie jest tak źle. Sama zasypia, często sama karmi się łyżeczką, ale oczywiście musze wtedy podwójnie uważać, próbuje się sama załatwiać i woła (udało mi się kilka razy już złapać, chyba, że mówi po fakcie:) Ale puszczona z wózka, roweru, rąk jest nieobliczalna. Wiedziałam, że będe musiała za nią latać i mieć oczy dookoła głowy, to normalne, ale jak już jesteśmy na placu zabaw, to nie chodzę za nią krok w krok, tylko przyglądam się z bezpiecznej odległości. Zaczęły się podróże rowerem pod górkę. Wyrobie sobie kondycję, nie ma co. Przedszkolanki poznane, pierwsze samodzielne odprowadzenie i odebranie z przedszkola zaliczone. Pierwszy niespodziewany deszcz również. Dzisiaj pierwsze babysitting. W końcu to piątkowy wieczór. Z tego wszystkiego zaczynają mi się mieszać dni tygodnia. Tymczasem kilka obrazków z ostatnich dni:
Główna aleja miasta wzdłóż plaży ozdobiona jest flagami krajów europejskich. W tym Polski. Wczoraj jak wracałyśmy z Mariją i Julią z plaży pokazałam im polską flage (zdziwienie), a później mówiłyśmy państwo do każdej następnej





pierwszy wakacyjny croissant na środku morza :)



1 komentarz:

  1. oja oja zazdraszczam cholernie!! tu dosiunia z forum ;p zapraszam do siebie ;p

    OdpowiedzUsuń