poniedziałek, 10 maja 2010

73. Półmetek matur.

Musiałam dać upust emocjom, które w ostatnim czasie się nagromadziły. W dodatku ten maj... Czy mówiłam już jaką mam słabość do majowych barw? Niektórzy byli świadkami moich reakcji na soczystą zieleń roślin, inni na słoneczną żółć rzepaków. Chłonę kolory całą sobą. Żałuję tylko, że nie zobaczę w tym roku polskich, czerwonych maków... Póki co wylałam na matryce emocje. Poszły konwaliowe autoportrety. Jak co maj. 
Połowa maratonu maturalnego za mną. Ale zawsze kiedy biegam, końcówka jest najcięższa. Tutaj też się tak zapowiada. Dwa ostatnie egzaminy są najgorsze. Ale przecież zawsze na ostatniej prostej uruchamiają się zakopane we wnętrzu niewyczerpalne pokłady energii. Oby i tym razem tak było.
Jak pierwsza połowa? Na szczęście nie tak jak w moich koszmarach. Może pierwszego dnia przyspieszona akcja serca, niespokojny oddech, lodowate ręce, nogi nieco bardziej miękkie. Ale otworzenie pierwszego arkusza maturalnego było kluczem do spokoju na kolejnych egzaminach. Pozornie każdy następny egzamin traktowałam jak zwyczajną konieczność, nie emocjonując się i nie przeżywając zbytnio. Przecież robiłam dużo podobnych ćwiczeń. Nic mnie nie zaskoczyło. Ale jednak gdzieś, chociaż mały stres musiał się skumulować. Szkoda, że usztywnił mi szyję i barki. 
Ale już jest dobrze. Może nie wyglądam po tych dniach najlepiej, ale w miarę dobrze się czuję. Jak niesamowicie pomocne i uleczalne może być oglądanie nieciekawego filmu w miłym towarzystwie lub śpiewanie lub nauka Małej Potomki mówienia.
Wreszcie częściowo można odetchnąć. I poczuć zapach bzu. A rano obudzić się z gałązką konwalii we włosach. I poczuć się jak księżniczka...
Malaika uważa, że czas poświęcony na zdjęcia nigdy nie jest czasem straconym.
Malaika uważa, że czas poświęcony na zdjęcia powraca dwukrotnie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz