sobota, 12 lutego 2011

Dlaczego tak jest, że im wyżej się wznosimy, to z większym impetem spadamy? To zwykłe przyciąganie ziemskie, prawa ciążenia. Najpierw niebiańska rozkosz, a po chwili ból i gorzki smak dna. Wahania. Raz różowe okulary, innym razem szara rzeczywistość. A może inaczej? Może różowa rzeczywistość, a innym razem czarno białe okulary? Czy lepiej nie narażać siebie na niebezpieczne "wahnięcia", nie spadać z góry, ale również na nią nie wchodzić, a tym samym być ciągle na tym samym poziomie? Myślę, że jednak bardziej rozwijające jest ciągłe wspinanie się ku górze. Podnoszenie się z dna. Z czasem można stać się odpornym, można się nauczyć jak przetrwać. Widzi się wtedy życie we wszystkich barwach, a nie tylko szarościach. 

Sesja kończy się we wtorek już ostatecznie. Mocno podwinęła się noga. Czułam jakbym biegnąc bardzo szybko zaryła twarzą o beton. Jak to możliwe? Dlaczego socjologia? Wszystkiego innego bardziej się spodziewałam, ale nie tego. Ale nie ma co dramatyzować. Notatki, kserówki i podręcznik w garść i po kłopocie. 

Zabrałam się w końcu za spełnianie planu wakacyjnego dotyczącego napisania reportażu o operkach. Kopniakiem było nieuchronnie zbliżające się zaliczenie z warsztatu dziennikarskiego. Więc piszę. Jak skończę to może ujrzą to nie tylko oczy mojego wykładowcy. Zobaczę.

Odżywianie się powietrzem nie jest najlepszą opcją. Ale co poradzić? Powróciła sytuacja sprzed matury. Wtedy najlepszą kuracją był wyjazd do Francji, tęsknota i nuda. Tutaj może w najbliższym czasie zapowiada się Francja, ale w nieco innym wydaniu. Nie pomoże mi to raczej w jedzeniu, ale opowiem o tym niedługo jak będą już konkrety. 

Już na dobre odpuszczam sobie wyjazd wakacyjny au pair. Czasami wchodzę na stronę zobaczyć, czy moja wakacyjna rodzina ponownie zamierza skorzystać z programu i już się zalogowała. Ewentualnie przeglądam co może mnie ominąć. Częściej zaglądam na promocyjne loty gdziekolwiek. Liczę na to, że przestaną mi się w końcu śnić krótkie koszmarki z gryzącą Julią w roli głównej, a zastąpią je podróżnicze wojaże. 

Ostatnio Kawa stwierdziła, że podoba jej się zmieniona Malaika. Bardziej otwarta, zaskakujące nowymi wiadomościami, zaznająca coraz to nowych doświadczeń. Co? Kurs tańca, czy to tango, walc, salsa. Ona i On? Jak to Ona? Już? Tak szybko? Tak nagle? Nie niespodziewanie. Nareszcie! Ostatnio zawsze wnioski nasuwają mi się jednakowe. 
Marzenia się spełniają.
Autoportret zimowy. Nie depresyjny. 

2 komentarze:

  1. Jakże się cieszę, że napisałaś kolejnego posta! :)
    Socjologia to zuo! Miałaś może przyjemność poznać prof Borkowskiego? Na I roku to on obrzydził mi studiowanie i socjologię. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że kiedyś chciałam być socjolożką...
    3maj się i daj przeczytać reportaż o operkach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Miałam przyjemność go poznać, ale nie wiem czy mówimy o tym samym. Jest od warsztatu dziennikarskiego, a w tym sem będę z nim miała polski system medialny.
    spodobał mu się reportaż (pewnie przez króciutki epizod z gejami, którzy mają dzieci), ale głębsze refleksje może udzielić w marcu. gdzieś go umieszczę.
    jak miło, że ktoś się cieszy na nowy wpis! :) :*

    OdpowiedzUsuń