środa, 12 stycznia 2011

gorączka ironii.

37,1 i wciąż rośnie.
Wciąż mi doskwierają skutki wyjazdu sylwestrowego. 
Fakt miło, ale nie mam ochoty kaszleć przez następne dwa tygodnie.
Niestety nie widać poprawy. Może jakiś antybiotyk?
Jutrzejsza wizja 4-godzinnego angielskiego mnie miażdży.
Pocieszam się, że moje kartki już dotarły do USA, Finlandii, Niemiec i Białorusi. 
Wysyłam kolejne. Do Turcji i Finlandii (znowu).
Pani na poczcie w okienku speszonym głosem wyznała, że nie zna się na geografii, chociaż prosiłam o znaczek do Azji (w końcu Turcja jest w Azji Mniejszej). Dała do Europy. Może dojdzie.
Oczekuję, aż zastanę moją skrzynkę pełną kartek z całego świata.

Poprosiłam pana w foto-naprawie o usprawnienie mojego Zenita. Odliczył sobie symboliczną piątkę i mogę łapać chwile na czystą kliszę.

Jedni panowie dorastają, inny zostają tacy sami niedojrzali i zdziecinniali. Dlatego cieszę się, że tego drugiego ominęłam, a ten pierwszy wciąż gdzieś jest na horyzoncie. 

Ostatnio siedziałam z Kawą we francuskiej naleśnikarni i obmyślałyśmy wakacyjny plan. Poradnik globtrotera na tapecie. Wiemy jak się uzdatnia wodę, a także jakie tropikalne choroby mogą nam grozić tam gdzie pojedziemy. Nawet gdyby to miała być "tylko" Europa. 

Pani od kultury języka uznała moją pracę z kolokwium za mniej "kulturalną", aby dostać piątkę, ale też nie tak złą, żeby dać czwórę. Zresztą jak zobaczyła jak bardzo jestem aktywna, to dała mi mniej. W końcu "nie ma dla mnie różnicy". Nie ma dla mnie różnicy? A moja satysfakcja? A moje ambicje?

Spotkanie na rynku wuja-matematyka (znienawidzonego przez znajomych studentów, których jest wykładowcą) nie należy do najprzyjemniejszych. Jak tu szybko skończyć rozmowę, żeby a) nie zapytał o moje studia (które są dla niego czystą beznadzieją, przecież mogłam iść na ASP, albo na polonistykę, a już najlepiej na mateMAtykę), b) nikt znajomy nie zobaczył mnie z nim (miał kolorową czapkę z pomponem. to nie wymaga komentarza prawda?), c) nie zapytał dlaczego włóczę się po rynku, zamiast uczyć się do sesji (tu zaciera ręce: ha! porozmawiamy o twoich studiach po egzaminach- myśli, że mnie wywalą). Na szczęście zaraz przyszła Kawa. Ale cóż. Rodziny się nie wybiera.

2 komentarze:

  1. Że postcrossing?
    Raz poszłam i poprosiłam znaczek na Filipiny. Było śmiechu. Wszyscy wysyłający listy zostali olani, bo panie z okienek chciały być lepsze i zaczęły szukać gdzie są Filipiny. Jedyne 15 minut przy okienku, znienawidzony wzrok wszystkich wkoło- cudowne uczucie :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Rodzinę, zwłaszcza osobniki "życzliwe", należy omijać szerokim łukiem. Jak się już na takie osobniki natrafi to, ja mam jeden sposób, szokować! Im bardziej zszokowani tym bardziej zdezorientowani, a my możemy wykorzystać ich dezorientację i czmychnąć...
    Wracaj do zdrowia. :)

    OdpowiedzUsuń