niedziela, 8 maja 2011

ukraina.

Podróż kwietniowa zaplanowana była na wschód. Krańce Polski i kawałek Ukrainy- Lwów. Byłam już w tamtych rejonach 3 lata temu, ale kiedy po raz kolejny nadarzyła się taka okazja- nie mogłam przepuścić. 
Kolejki na granicy się nie zmieniły. Nadal trzeba czekać kilka godzin. My czekaliśmy tylko 3,5. Kiedy byłam ostatnim razem czekałam 5h, więc nie było tak źle. 
Na pierwszy rzut poszedł Łańcut. Później Przemyśl i Kalwaria Pacławska.
 
 
 
 
 

 
Następny był wybrukowany Lwów. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
We Lwowie nadal dużo Polaków. Łatwo można się dogadać po polsku. Musiałam dopiero spróbować prawdziwej ukraińskiej chałwy, żeby ją polubić. Królowały też nieziemskie krówki.
Ukraińskie drogi są sto razy gorsze od naszych. Więc naprawdę można się wyleczyć z kompleksów i marudzenia. Przygotowania do Euro 2012 idą chyba jeszcze wolniej niż nasze. 
 
 
 
 
Mój limit wyjazdów za wschodnią granicę chyba już się wyczerpał. Dwa razy Ukraina, dwa razy Litwa + Łotwa. Byłam przy swoich korzeniach, dlatego mogę lecieć dalej. Teraz jeśli na wschód, to Daleki, lub Bliski. Nigdy nie uczyłam i nie zamierzam się uczyć rosyjskiego, ukraińskiego i litewskiego. Cyrylica mi szkodzi. 
 
W drodze powrotnej wstąpiliśmy do Krakowa. Bardzo deszczowego. Właściwie to szczęście, że nie śnieżnego.

Skoro od początku roku była już północ - (Gdańsk), później zachód- (Francja), teraz wschód- (Ukraina) to następną podróż planuję na południe. A może w przeciągu tego roku uda się objechać całą różę wiatrów? Kto wie. 
Wystarczy chcieć.