Koniec tego dobrego. Najdłuższe wakacje w życiu dobiegają końca. Właściwie to cieszę się z tego powodu. Z jednej strony mam już dość tej niepewności związanej ze wszystkim co nowe, z życiem studenckim, studiami, nowymi ludźmi. Odwiedziłam moje liceum i teraz już namacalnie wiem, że nie mam tam czego szukać. Najchętniej nie wracałabym tam już. Mam jakiś dziwny syndrom powracania do dawnych murów szkolnych. Czy to podstawówka, gimnazjum, liceum, a zwłaszcza szkoły muzyczne. Tyle wspomnień, a jednak czuję się tak obco, jakbym nigdy się tam nie uczyła. Może kiedyś przestanę te odwiedziny traktować tak emocjonalnie i bardziej obojętnie do nich podejdę.
Chyba każdy przez to przechodzi. Potencjalny maturzysta nie należy już do żadnych struktur, nie jest zapisany do żadnej szkoły. Starą już skończył, a nowej nie rozpoczął. W dodatku nie wie czy się gdzieś dostanie. Ale dosyć już użalania się. Właśnie zaczyna się nowy rozdział. Co prawda nie powoduje on oczekiwanego wreszcie ustabilizowania, wręcz przeciwnie. Podejrzewam, że w pierwszym tygodniu będzie panował wszechobecny stres. Już panuje. Więc zaczynam szukać sposobów, żeby go zneutralizować. Nie pozwolę mu stać się potworem, który będzie mnie paraliżował, utrudniał oddychanie i funkcjonowanie. Zdradzę kilka sekretów. Jestem pewna, że nie uodporni się na nie. Mam zagwarantowane uczestniczenie co tydzień w koncertach muzyki klasycznej. Jestem tam w roli fotografa, ale moje zmysły nie zostają obojętne, więc korzystam ile mogę i chłonę muzykę całą sobą, żeby ewentualnie zgromadzić pokłady siły do walki z potworem. Ponadto mała Potomka jest cudownym rozweselaczem. Jej radosne okrzyki "Aja!"(w wolnym tłumaczeniu Aga, skrót od Agata) i śmiech, który mogę słuchać cały czas. Czasami wystarczy otworzyć album zdjęć z wyjazdu w Bieszczady, czy z Krakowa, czy z innego miejsca gdzie byłam w wakacje, a już się tam znajduję i nie jest mi źle. Jest wolność. Jest spokój.