piątek, 16 lipca 2010

Na walizkach.

Plan ze Szwajcarią niestety nie wypalił. W Korsyce dalej głucho i we wszystkich innych rodzinach do których pisałam. Za to mam zaklepane noclegi w Nicei u bardzo sympatycznych ludzi Cecile i Julien, którzy wezmą mnie na swoją kanapę. Jutro zakładam plecak, biorę walizkę i aparat do ręki i jadę spełniać swoje marzenia. Czuję, że mój obiektyw pokocha Niceę od pierwszej klatki. Jeżeli uda mi się połączyć u moich pierwszych CouchSurferów to postaram się relacjonować na bierząco pobyt w Nicei. Póki co spędzam jeszcze ostatnią noc wśród melodii cykad (czy w Nicei też słychać cykady?). Cavalaire sur Mer zapamiętam jako niewielkie, nadmorskie miasteczko, w którym bardzo dużo starszych ludzi postanowiło spędzić resztę swojego życia. Miasteczko, które posiada mury z kwitnących oleandrów i innych śródziemnomorskich kwiatów. Miasteczko, które pachnie wakacjami, kremem do opalania i świeżymi bagietkami. Które brzmi cykadami, szumem fal i świstem wiatru na łodziach w porcie. Czy będę kiedyś jeszcze au pair? Nie umiem teraz jeszcze tego powiedzieć. Skoro jest wybór to wiem, że nie pojadę do jedynaczki dwulatki. Najchętniej do małego bobasa, lub trochę  starszych dzieci. 
Spędzam ostatnią noc w tym miejscu i nabieram energii na ciąg dalszy przygody.