poniedziałek, 1 października 2012

Lata świetlne temu.

Rozczarowania? Może trochę. Bo Paryż taki jakiś nieparyski. Tylko turystyczny, jak plac przed wieżą w Pizie. Turysta na turyście. A gdzie Amelia? A gdzie ten klimat? Gdzie smakołyki na każdym kroku, przestrzeń, paryżanie? Udało nam się zejść z turystycznych szlaków i nawet teraz czuję jeszcze w ustach smak creme brulee, czy niebawgębie makaroników najlepszych. Czy naleśników z ciekawą mieszanką serów, czy cydru gdzieś tam na ostatnim piętrze w XIX wiecznej kamienicy, świeżych fig kupionych w warzywniaku u Pana Collignon. Ale czuję też duży niedosyt. Nie taki Paryż chciałam pokazać moim drogim współtowarzyszom. Nie takiego Paryża sama chciałam po raz drugi doświadczyć. 

Kiedy myślę o podróżach, czuję przyjemną myśl w głowie, kąciki ust radośnie wędrują ku górze. Czy to całonocna podróż pociągiem nad morze, czy kilkugodzinna ekspresowa samochodem w góry. Czy też samolotem w kolejne nowe miejsce. Lubię ten dreszcz emocji, kiedy nie wiem gdzie dokładnie będę spać, na co następnego dnia będę patrzeć, gdzie pójdę, co zrobię. Wiem jedynie, że będzie to coś niepowtarzalnego, coś wyjątkowego. Ale jest jedno niebezpieczeństwo. Że nie będę potrafiła się z tego cieszyć. Że wrócę i nie będę marzyć o kolejnym wyjeździe. Będę zazdrościła znajomym wspaniałych zdjęć, a sama nawet nie wynurzę nosa spod kołdry. Tak łatwo wszystko zepsuć. Wyjechać z dwoma kłótliwymi towarzyszami podróży. Wyjechać nie w porę, bo egzaminy, praca, bo zawsze znajdzie się powód. A to wszystko z dobrego serca. Bo i jednemu i drugiemu człowiekowi chciałeś zrobić przyjemność. Podzielić się swoimi przeżyciami, które kiedyś sam odkryłeś. Ale nie wziąłeś pod uwagę tego, że wtedy byłeś sam. I nic ci nie zakłócało spokoju. Byłeś całkowicie wolny. Chciałeś robić zdjęcie co 5 sekund? Robiłeś. Skręcałeś bez większego celu raz w jedną, raz w drugą uliczkę? Skręcałeś. Jadłeś kiedy chciałeś? Kiedy chciałeś. I można by tak bez końca. 
Nie ma co się użalać nad średnio udanymi wakacjami. Rozpamiętywać ile nieudanych kadrów zapisanych jest na przepełnionym od zdjęć dysku. Ani tego ile dni tak naprawdę było poświęconych wakacjom, a ile zagryzaniem się, że nie jestem tu, że w tej chwili jestem darmozjadem, nie pomagam, nie projektuję, nie ćwiczę, nie rozwijam się. I w tym momencie znowu zrobię przerwę na obowiązki domowe. Może wywieszę teraz pranie, albo poodkurzam. Bo co jak co, ale to dobrze mi wychodziło przez ostatnie miesiące. Nie żeby mieszkanie lśniło czystością. Co to to nie. Niewiedzieć skąd zawsze bierze się kurz, brud, okruszki, paproszki. A może coś ugotuję, bo zbliża się popołudnie. Tak, najwyższy czas poszukać inspiracji w sieci. Przecież chcę znowu zabłysnąć, zrobić coś pysznego, najlepiej włoskiego, przepięknie wyglądającego. I może nawet mi się uda nie zepsuć. W najgorszym wypadku znowu skończę na naleśnikach. 

Aparat stoi przy mnie i patrzy tym swoim wielkim okiem z wyrzutem sumienia. Ostatnio karmię go samym ludzkim jedzeniem. Od tart, po babeczki i inne ładne śniadanka. Październikowa wystawa Labirynt wykręca mi dziurę w brzuchu. Przebłyski pomysłów nie zamieniają się jeszcze w realizację. A wszyscy już chcą patrzeć. Już konsultować, już wywoływać, już dyskutować. 
Undermap/overmap... z mapą najczęściej błądzimy. 

Wylewam kilka procent tego co gromadziło mi się na ustach. A wierzcie mi, ten nadmiar nie wyglądał dobrze, bo przecież ile można milczeć?
Zdjęcia wrzucę niebawem.

Co złego to nie ja.

niedziela, 15 kwietnia 2012

chłopczyk.

W czwartek przyszedł na świat czwarty brat. Razem z nim przyszła pierwsza wizyta na porodówce, podsłuchiwanie odgłosów przychodzenia na świat kolejnego człowieka, radosne nucenie we are the champions po usłyszeniu pierwszego płaczu. Wrócił widok poddenerwowanych tatusiów na oddziale neonatologicznym, bezprecedensowych pielęgniarek chwytających noworodki jak kocięta na jednej ręce i myjących je pod kranem. Przyszedł widok samotnych, płaczących, opuszczonych dzieci, leżących w sali, zupełnie samiutkich, pozostawionych sobie, opuszczonych już w pierwszym dniu życia, rozdzierających mi serce. 
Dużo emocji porodowych, dużo radości z cudu nowego życia. Dużo wspomnień i gratulacji. Takiego poświęcenia jednej kobiety, jakiego nie da się opisać. Ostatnich przygotowań i oczekiwania w domu na nowego członka rodziny. Aż w końcu dużo żółtych tulipanów i sześć czerwonych róż. Świąteczny obiad i wspólne popołudnie przy kawie i herbacie. Do tego zazdrość Małej Potomki i zmiana perspektywy na bycie starszą siostrą. Dużo pampersów, trochę kremów, chusteczek, pieluszek i ubranek. Cisza, fotel i strefa niepodchodzenia i nie proszenia o nic. Pory karmienia. Pory odbijania. Pory usypiania. Pory płaczu i bolącego brzuszka. Pory śpiewania kołysanek i bujania w kołysce. Ale ponad tym dużo miłości.
A ja nie umiem się z tego tak cieszyć jak ostatnio. Dziwię się rodzicom za ich szalone pomysły. Dziwię się swoim braciom za odwracanie się tyłem i maszerowaniem do własnych spraw. Wkurzam się za ich nieodpowiedzialność i niedojrzałość. Czymkolwiek jest syndrom dorosłego dziecka wychodzącego z domu, a z drugiej strony poczuwającego się do pozostania w nim do pomocy, prawdopodobnie on mi dolega. 

 
 
 
 
 
 
 


czwartek, 29 marca 2012

make it happen.

Uwielbiam ten moment, kiedy wiosna budzi się do życia. Rośliny przygotowują się, pęcznieją by za chwilę wybuchnąć zielenią. Uśmiecham się na widok każdej zielonej łodyżki, każdego kwiatka na drzewie, każdego listka, który nieśmiało wyskoczył pierwszy, przed innymi. 
"Lubię takie słoneczne dni jak ten... wtedy jesteś jeszcze piękniejsza." 
Takie oczekiwanie na zieleń wiosny i powrót przyrody do życia współgra z naszym rodzinnym oczekiwaniem na kolejne maleństwo. 
Czego mogę Ci życzyć maluszku. Żebyś urodził się na jakiejś malutkiej wysepce. Jak najdalej wielkiej cywilizacji. Cywilizacji, która najchętniej zabiłaby Cię zanim byś się urodził. Żebyś nie żył w świecie, w którym najważniejszy jest pieniądz. Żebyś mógł spełniać marzenia, robić to co pokochasz. Żebyś był zawsze wolny. 
Czy będę umiała być Twoją siostrą? Czy pokonamy różnicę wieku? Czy może lepiej sprawdzę się w roli cioci lub kuzynki? Cicho liczę na to, że będziesz trzymał z Małą Potomką. Już niedługo ona też stanie się starszą siostrą. Twoją starszą siostrą. Będziecie mieli swoją historię. Swoje dzieciństwo. Tak różne od mojego i naszych pozostałych braci. 
 


[zeszłoroczna klisza]
 
 
 
 
 
 
 

czwartek, 16 lutego 2012

luty zmoczył buty.

 
 
 
Najlepsza jest za duża koszula brata. Mała Potomka wie o tym już od dawna.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Jak dobrze jest mieć trzy tygodnie wolnego. Jak źle jest ich nie wykorzystać. Pocieszam się setkami kilometrów, które przebyły kartki, które wysłałam i otrzymałam. Pobytem w domu i czasem spędzonym z rodziną. Dniami dla siebie, kiedy jedynym zmartwieniem była odkryta z koca noga. Kiedy mogłam się oddać rozkoszy leżenia z książką. Z Młodym Księciem, bo z Ewą Luną jeżdżę w tramwaju. Eksperymentowaniu w kuchni, zapraszaniu dawno niewidzianych znajomych. Wieczornymi rozmowami przy winie. Wyjściem na "Artystę". Inspirowaniem się odkrytymi blogami.
Przykład tego jak nie robić. Żadnych wyjazdów po za miasto dalej niż do rodzinnego domu. Nie polecam brać ze mnie przykładu. Planowania i nierealizowania. Marzenia i realistycznego myślenia. 

środa, 1 lutego 2012

Mogę.

Jak dobrze. Odsłaniam szerzej chusto-zasłonkę. Mam południowe okna. Słońce na okrągło. Cudownie. Ciepło. Jeszcze cieplej. Nawet nie wiem czy na dworze jest -10 stopni czy -20. Mogę sobie siedzieć w białym mieszkanku, czytać książkę wtulona w kilka miękkich poduszek. Mogę rysować na tablecie patyczkowate ludziki. Mogę robić dziewczynie logo, bo lubię jej zdjęcia. Mogę słuchać muzyki i zastanawiać się czy upiec dzisiaj czekoladowe babeczki czy zrobić inny deser. Mogę wyszukiwać przepisy i je w końcu realizować. Lub podgrzać pierogi, bo jeszcze zostały w lodówce. Też mogę. I mogę jeszcze pić kawo-kakao, lub herbatę z gloggiem, chociaż to może nie wypada. Mogę. I wyjść z domu bez malowania się, ale za to z ładnymi włosami. Przecież nikt mnie nie zna. A jak zna to i tak wie, że inna nie będę. Nie zna mnie inną niż jestem. Mogę w końcu wywołać zdjęcia i ładnie powiesić je na ścianie. Mogę zaparzyć lawendę, bo w końcu znalazłam w sklepie zielarskim. Mogę w końcu napisać, że to wszystko mogę. I jest mi z tym cudownie. I w dodatku mogę to zrobić dzisiaj. Dlatego ten dzień jest taki piękny. Chociaż ten jeden. 
 

środa, 25 stycznia 2012

Wróciłam.

Jestem, żyję i mam się całkiem dobrze. Piszę sobie z mojego tak niedawno wyobrażanego pokoju grafika i cieszę się z tego, że znów litery obrazują moje myśli. Już od dłuższego czasu ciągnęły mnie za palce i wołały: "pisz, pomóż nam się wydostać, już tak dłużej nie możemy, jest nas za dużo". Więc wróciłam. 

Wbrew pozorom nie zamieszkałam w Toskanii, nie porwała mnie także włoska mafia. Plan podróży został baardzo zmieniony, za to wspomnienia zostały nieziemskie! Ale na nie przyjdzie jeszcze pora. 

Tymczasem kończę pierwszą podwójną sesję graficzno-PRową i jest mi z tym całkiem nieźle. Oczywiście oczy nieco podkrążone, niedobór witamin, słońca, niedożywienie, niedospanie, ale to nie ważne. To już za mną. Już bawię się farbkami, zdjęciami. Mam co prawda na głowie jedną kampanię i kilka prac do dokończenia, ale w ogromie minionego tygodnia to pryszcz. 

Małej Potomce rosną piękne, długie włosy. Ogromnie się cieszy, kiedy siostra włącza jej Photoshopa i może sobie porysować na tablecie obrazki dla taty. Uwielbia przyjeżdżać do naszego mieszkania i biegać od pokoju do pokoju. Stała się największą fanką świnki Peppy.  

Tymczasem poluję na każdy płatek śniegu. 
 
 
 

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

kierunek Toskania.

Jeszcze tylko 7 dni. Bilety już dawno kupione. Planowaliśmy płw. Bałkański, a wylądujemy na Apenińskim. Przygotowania do projektu Toskania naszymi oczami już trwają. Listy rzeczy do zrobienia na miejscu już się piszą. Powstaje kilka. Moja i jego. Połączymy je i ustalimy trasę, żeby spełnić każdy punkt w nich zawarty. Przeglądam przewodniki. Opracowujemy mapę. Szukamy kanap i połączeń komunikacyjnych. Jest! W końcu wymarzone wakacje. Planowanie podróży. Kompresowanie całego dobytku w malutki 10 kg bagaż. Co zabrać, z czego zrezygnować. Marzyć, marzyć, marzyć. Wyobrażam sobie już te urocze pagórki, winnice i gaje oliwne, stare mury i piękne kamieniczki w małych miasteczkach. 
Mówię, że się nie boję, a w środku ściska mnie mały potwór i cicho szepcze: a jak ci się coś stanie, a jak zabraknie pieniędzy, a jak się nie dogadasz, a jak się zgubisz? Ale nie chcę go słuchać i tłumię go pozytywnymi myślami. To jest przecież jedna z wielu przygód, o których marzyłam. Uda się!
Planujemy tak jak poniżej, ale zobaczymy jak wyjdzie.

piątek, 22 lipca 2011

Nicea cz.2

Deszczowe dni. A ja wspominam pobyt we Francji. Dlatego odświeżam zdjęcia i publikuję drugą część opowieści z Nicei. Może komuś zrobi się przez to cieplej. Skończyłam tu. A teraz można już odpiąć pasy, bo zapowiada się bardzo długi lot. Post.


Po niesamowitej nocy pod gwiazdami wróciliśmy do miasta. Czułam jakby temperatura powietrza wzrastała z każdą minutą. Postanowiłam przeczekać godziny południowe w domu na ostatnim piętrze rozkoszując się oglądaniem albumów przy słuchaniu Bregovica. W tym czasie również dokładnie przestudiowałam mapę, przewodnik, spakowałam aparat, butelkę wody i ruszyłam do Starej Nicei. Nie wiem czy już to ktoś kiedyś nazwał, ale mój typ zwiedzania polega na fotografowaniu. Nie tak jak japońscy turyści wszystkiego co się widzi dookoła siebie. Na początku nawet kierowałam się mapą, zmierzałam nawet w wyznaczonym kierunku, ale ogrom tych przepięknych uliczek, które na każdym kroku mnie kusiły, zmusił mnie do schodzenia ze szlaku i zagłębianiu się coraz głębiej, coraz głębiej w środek prawdziwej Nicei.  Później próbowałam znaleźć te uliczki na planie miasta, ale gdy już osiągnęłam cel zaraz znajdowałam się w zupełnie innym miejscu, które mnie urzekło. Nie wiem czy ktokolwiek byłby tak cierpliwy, żeby w ten sposób ze mną "zwiedzać". Uwielbiam uczucie, kiedy nikt mnie nie popędza. Mogę patrzeć i oglądać ile chcę. Wracać kilka razy w to samo miejsce. I tylko ja decyduję kiedy rozpocznę, kiedy zrobię przerwę, kiedy skończę, gdzie skręcę.  
Zakochałam się w kolorach francuskich kamieniczek. Wiadomo, że nigdy tam nie  jest cicho i spokojnie, nie da się chyba usłyszeć śpiewu ptaków, ani nawet szumu morza, które jest przecież nie więcej jak kilkaset metrów dalej. Ale byłam zauroczona tym klimatem. Nade mną suszy się pranie, po latarniach wspina się bluszcz, a w oddali słychać melodię pozytywki. Mijam galerie, które znajdują się na parterze tych kamienic. Zatrzymuję się i wpatruję się w wystawy. Czasami łapię spojrzenie, być może samego artysty? Czy ja kiedyś będę miała galerię? W powietrzu unosi się zapach lawendy, mydła, bagietek. Czuć wolność. 
Wieczorem moi nicejscy wybawcy zabrali mnie na Nice Jazz Festival 2010 do ogrodów Matisse'a. Główną gwiazdą wieczoru był Goran Bregovic. Lubiłam jego muzykę, ale usłyszeć ją na żywo to było ogromne przeżycie. To pomiędzy jednym koncertem a drugim Cecile zabrała mnie na soccę - francuski, a dokładniej nicejski przysmak, którego smak mogę porównać do cieniutkiego omleta z kuskusa. Wróciliśmy wytańczeni i wybawieni późno w nocy, jednak nawet wtedy Cecile znalazła dla mnie czas, żeby szczegółowo opowiedzieć jak mogę się dostać następnego dnia do Monaco, gdzie pójść najlepiej poleniuchować na plażę i dlaczego warto pojechać za włoską granicę spróbować pizzy w malutkiej miejscowości. 

 


 
 
 
 
 
 
 
 
A tu już Monaco. Kraj straszliwie bogatych ludzi. Byłam w nim może 2 godziny. Tym razem tylko odhaczone. 
 
 
 
 
 
 
 
Za namową Cecile pojechałam kolejką do Villefranche sur Mer. Malutkiej miejscowości za Niceą, która słynie z niezwykle głębokiego portu i kamieniczek w kolorze oranżady. Spędziłam tam kilka cudownie beztroskich godzin. Jednak słońce było tak intensywne, że wykończona wróciłam do Nicei.
 
 
 
Mogłabym jeszcze wiele opowiadać o kolejnych dwóch dniach, kiedy czekałam na samolot powrotny. Ale chyba jednak wystarczy. To była niesamowita przygoda, która nadal pokazuje mi, że marzenia się spełniają. Jeśli tylko chcemy, możemy wszystko.